Cnota dzisiaj

[oryginał: "Tugend heute" ukazał się w "Geist u. Leben" 35. Jhrg Heft 2.; wydanie książkowe: Verlag Josef Habbel, Regensburg 1969. Tekst niemiecki posiada imprimatur Kosciola Katolickiego]

DIETRICH VON HILDEBRAND
Przekład polski ©1985,1999 Jerzy F. Gierula
Wszystkie prawa zastrzeżone, kopiowanie tak w całości jak i w części tylko za zgodą tłumacza.

 

 

Leży to w naturze historii, że nastawienie ludzi do życia zmienia się w pewnych momentach, pewne wartości dostrzega się w danej epoce jaśniej, niż w innej, natomiast innych wartości łatwiej się nie docenia niż poprzednio. W pewnym momencie dają znać o sobie określone zagrożenia, które wcześniej nie odgrywały prawie żadnej roli.

O ile jednak jest ważne rozpoznawać ten należący do istoty dziejów i człowieka rytm, o tyle błędne jest przypisywać zbyt wielkie znaczenie owej odmienności epok w odniesieniu do zasadniczych problemów człowieka.

W porównaniu z tym, co pozostaje zawsze takie samo, to co się zmienia jest drugorzędne. Jest osobliwą formą naiwnej pychy wierzyć, jakoby czas, w którym się żyje, był całkiem inny od wszystkich wcześniejszych czasów, a dawniejsze problemy nie występowały już dziś.

Wielu ludzi upaja się takim mniemaniem i można się tylko zdumiewać, jak mogą oni nie dostrzegać, iż -- gdyby mieli  słuszność -- wkrótce i to wszystko, czego nowością i odkrywczością się chlubią, stanie się przestarzałe i już nieaktualne.

Zapominają oni, iż jeśliby owo ciągle zmieniające się było rzeczywiście tym "istotnym", musieliby zapłacić wysoką cenę za pławienie się w blasku "nigdy-dotąd-niebyłego" i dumne spoglądanie z góry na minione epoki: cenę tego, że wszystko, co ich porusza i napełnia, byłoby krótkotrwałe i wkrótce zdałoby się tylko na złom. 

Z wyolbrzymianiem odmienności epok i związaną z nim naiwną pychą idzie zazwyczaj ręka w rękę błędne mniemanie, że czasy współczesne są nie tylko całkowicie odmienne od wszystkich minionych, lecz i mają nad nimi wyższość. Nie dostrzegając tego całkiem jasno,  jesteśmy z góry skłonni bez  zastrzeżeń wierzyć, jakoby w przemianach samych leżał jakiś postęp.

Od takiej naiwnej wiary w postęp, która trzyma się jeszcze samoistnie uprawnionych kryteriów i uznaje obiektywną prawdę, co do której zakłada, że z upływem czasu jest coraz bardziej poznawana, znacznie niebezpieczniejsze jest --idące znacznie dalej -- utożsamianie historyczno-socjologicznej realności pewnych idei z ich uprawnieniem i prawdziwością. Takie stanowisko jest znacznie groźniejsze, ponieważ podkopuje istotę prawdy i wartości samych w sobie.

Z całym naciskiem musimy podkreślić: fakt, że w pewnym czasie jakaś "idea" niejako "wisi w powietrzu", albo że w pewnej epoce panują jakieś nastawienia i tendencje, nie świadczy bynajmniej ani o o prawdziwości czy fałszywości tej "idei", ani o wartości czy prawomocności nurtów owych czasów. Jeśli z historii mielibyśmy wyciągnąć jakąś naukę, zapewne byłoby nią  doświadczenie, jak łatwo zarażają się ludzie fałszywymi prądami czasu. To niebezpieczeństwo jest szczególnie wielkie, jeśli wierzy się błędnie, że idee, tendencje czy nastawienia -- tylko dlatego, że dominują w pewnej epoce, niejako "wiszą w powietrzu" -- mogą, lub wręcz powinny być traktowane jako wyraz "obiektywnego ducha czasu" w sensie Hegla. 

Taka socjologiczno-historyczna realność jakiejś idei czy prądu nie jest ani czymś niepowstrzymanym, co musiałoby się przyjmować jako fatum, ani nie nadaje swej treści jakiejkolwiek godności; nie czyni ona błędu mniej błędnym, ani fałszywej postawy mniej fałszywą -- nie czyni obiektywnie nieuprawnionego bardziej uprawnionym.

Dać się uwarunkować prądami czasów znaczy pozbyć się swojej duchowej wolności -- podążać w zaprzęgu czasów, dać się pędzić prądom epoki, zdepersonalizować się. Przeciwstawną jest postawa tego, który co raz to wynurza się z czasu ku światu prawdy i prawdziwych wartości moralnych, aby zrozumieć, co ów szczególny czas i godzina zawiera jako zadanie, co kryje w sobie jako "temat", oglądany w świetle wiecznych, niezmiennych prawd i wartości.

Mówiąc jeszcze konkretniej: dla nas, chrześcijan, ruch taki oznacza ustawicznie ponawianą conversio ad Deum.

O ile prąd czasu zawiera w sobie coś obiektywnie uprawnionego, należy go akceptować i oddać w służbę Bogu, jednakże nie dlatego, że owo uprawnione ma historyczno-socjologiczną realność prądu czasów, a dlatego tylko, że jest treściowo dobre i prawdziwe, gdyż jest wolą Bożą.

Obiektywne problemy, jakie stawia epoka -- w odróżnieniu od prądów ideologicznych --są wprawdzie pewną rzeczywistością, zawierającą obiektywne wyzwanie, ale ducha, w którym mamy im wyjść naprzeciw i rozwiązywać je, nie należy szukać w samym prądzie czasu, ale wyprowadzić go trzeba z prawdy odwiecznej, ku której wciąż na nowo się wynurzamy, z owego Lumen Christi, co rozjaśnia wszystkie problemy i wskazuje właściwą na nie odpowiedź. 

Chodzi więc przede wszystkim o to, by rozróżnić dwa z gruntu odmienne ruchy: postawę tego, który prądy czasu bierze za głos obiektywnego ducha świata, daje mu się porwać i unosić -- socjologicznie uwarunkowane, nie-wolne ponoszenie wszerz --, i postawę tego, co nie daje się porwać prądom czasu, ale wciąż na nowo podnosi się w wolności ku wiecznej prawdzie, ku Chrystusowi -- wykonując ruch wzwyż -- i stamtąd wychodząc, swobodnie zajmuje stanowisko wobec prądów czasu.

Słowa św. Pawła: "Badajcie wszystko; co dobre jest, zachowujcie" należy stosować również do wszystkich tendencji czasów. Te słowa zawierają także wezwanie do demaskowania błędów epoki i odsłaniania ich fałszu przez konfrontację z wiecznym, niezmiennym i ponadczasowym.

Musieliśmy poprzedzić opracowanie naszego właściwego tematu: "Cnota dzisiaj" tymi wskazówkami; po pierwsze dlatego, że dziś te podstawowe prawdy są tak bardzo zapomniane, iż niektórzy filozofowie chcą zredukować zadanie filozofii do "pojęciowego sformułowania spraw pewnych czasów", zamiast dostrzec, że żądania epoki wobec filozofii spełniają rolę wyzwania do głębszego wniknięcia w królestwo niezmiennej prawdy, aby znaleźć prawdziwą odpowiedź na nowy sposób stawiania pytań; po drugie -- również dlatego, że problem wymieniony w tytule tej rozprawki: "Cnota dzisiaj" dotyczy szczególnych zagrożeń naszych czasów.

Chcielibyśmy dla rozważenia tych współczesnych zagrożeń wziąć za punkt wyjścia książkę Bollnowa "Istota i przemiany cnót" (Frankfurt a.M. 1958). Jest bowiem zawsze szczególnie interesujące stawić czoła tendencjom czasów w postaci, w jakiej objawiają się one w dziele wysokiej klasy filozofa, a szczególnie owocne -- przeanalizować je w formie, w jakiej się tan pojawiają. Znajdziemy więc w tej niezwykle interesującej książce Bollnowa, zawierającej wiele myśli pobudzających w aspekcie historycznym, a częściowo i wartościowe analizy fenomenologiczne, następujące charakterystyczne dla naszych czasów zagrożenia: 

Przede wszystkim jest tu zagrożenie widzeniem spraw moralnych w świetle relatywizmu czasowego (uwarunkowań epoki). Zmienność cnót uważa się za konieczną dla rozwoju ich pełni; co więcej, widzi się w tym potwierdzenie wzajemnej sprzeczności cnót, która uniemożliwia ich jednoczesną realizację; innymi slowy: moralność nie ma żadnego wspólnego mianownika. Przy tym wartość danej cnoty uzależnia się w jakiś sposób od jej stosunku do określonej epoki.

Z tym błędem wiąże się następny: brak jasnego zrozumienia dla "Eidos" specyficznie moralnego; nie występuje ostre rozróżnienie pomiędzy moralnymi i pozamoralnymi wartościami osób.

Po trzecie: zapoznaje się istotę specyficznie chrześcijańskiej moralności, jej absolutną nowość i jedyność. Nie dostrzega się faktu, iż moralność chrześcijańska jest jednocześnie spełnieniem wszelkiej naturalnej moralności.

Zajmiemy się teraz pierwszym z tych trzech zagrożeń. Aby je lepiej zrozumieć, musimy najpierw wskazac na pewną ogólną prawidłowość.

Niektóre pozamoralne wartości osobowe funkcjonują w określonych czasach, wspólnotach i u wielu indywiduów jako substytuty właściwego świata moralnego. Opisałem wyczerpująco istotę i rozmaite typy tych substytutów moralności w mojej książce "Graven Images". Chodzi tu przeważnie o pozamoralne wartości osobowe takie jak odwaga, energia, siła, efektywność, godność, które w nieuprawniony sposób formalnie miejsce normy dla naszego postępowania. Również może się zdarzyć, że to pewne wartości moralne grają rolę substytutu całej sfery moralnej, np. altruizm, szlachetność, przy czym jednak przez to, że "zasiadają na tronie", który obiektywnie należy się tylko zasadniczej wartości "moralnie dobre", zatracają one swój właściwy moralny charakter.

Sfera specyficznie moralna jest tak ukształtowana, że nie dopuszcza żadnej selekcji, żadnego dowolnego wyodrębnienia pewnego sektora, który wyłącznie traktuje się poważnie, całą resztę ogłaszając za nieobowiązującą.

Kto powiada na przykład: "Będę może często niesprawiedliwy, ale czegoś podłego nie zrobię nigdy", ten zdradza, że dla niego specyficzna jakość podłościjest tym, co bierze moralnie poważnie i dla swego praktycznego postępowania w miejsce alternatywy dobra i zła przyjmuje przeciwstawienie szlachetnego i podłego.

Jednakże w momencie, gdy pewna wartość moralna staje się substytutem całej sfery moralności, traci swój czysto moralny charakter -- to interwencja aspektów pozamoralnych przypisuje jej tę merytorycznie nienależną rolę. Fakt istnienia takich substytutów odgrywa decydującą rolę właśnie w sprawie "przemiany cnót", przemian moralności. "Istotnie moralne" nie jest nigdy tym, co się zmienia; to zmieniają się,zależnie od epoki, wspólnoty politycznej czy kulturalnej, owe substytuty moralności. Nie można też powiedzieć o cnotach moralnych, że są tak rozmaite, iż nie mieszczą się w jednym systemie, a więc jakby istniały rozliczne "moralności". Takie spostrzeżenie może być jedynie sensowne wobec "cnót" mających pozamoralny charakter. Bollnow rozpatruje głównie "cnoty" pozamoralne, nie czyniąc jednak jasnego rozróżnienia pomiędzy wartościami moralnymi i pozamoralnymi. Powołuje się przy tym na etykę Nikolai Hartmanna.

Hartmann uczynił -- błędnie -- z faktu wyłączania się pewnych wartości w jednym i tym samym nosicielu opozycyjnosc tych wartości (stosunek antytezy).To prawda, że majestatyczny szczyt górski nie może jednocześnie mieć w sobie delikatności i słodyczy fiołka. Ale ta ekskluzywność, uwarunkowana ograniczonością nosiciela, w żaden sposób nie implikuje istotowego przeciwieństwa wartości "majestatyczny" i "delikatny" w tym sensie, w jakim antywartość "z gruba ciosany" i wartość "delikatny" są antytezami.

Wszelkie wartości, nawet przy największej jakościowej odmienności, manifestują jako wartości, w harmonijnym współbrzmieniu, jedną i tę samą, wcielającą wszelkie wartości per eminentiam absolutną rzeczywistość -- Boga.

Ale nawet taka ekskluzywność, która nie polega na rzeczywistej jakościowej antytezie, istnieje tylko dla wartości pozamoralnych. To prawda, że jeden i ten sam człowiek nie może wykazywać jednocześnie potężnej, tryskającej energią witalności i nieziemskiej,eterycznej subtelności, chociaż, jak widzieliśmy, ten rodzaj ekskluzywności w żadnym wypadku nie przedstawia antytezy. Jest natomiast podstawową właściwością wartości moralnych, że człowiek ma je posiadać wszystkie. Jest w oczywisty sposób niemożliwe, aby ktoś mógł z sensem powiedzieć: "Moją specjalnością jest sprawiedliwość, czystość pozostawiam innym". Zaprawdę: chociaż w istocie wartości moralnych zasadza się, że wszystkie są wymagane, powstaje w płaszczyźnie czysto naturalnej moralności trudność zjednoczenia pewnych cnót, jak np.: łagodności i żarliwej gorliwości o panowanie dobra i prawdy. Ale, jak jeszcze zobaczymy, znajdziemy na płaszczyźnie ponadnaturalnej, tj. u świętych, wzajemne przenikanie się i ogarnianie tego, co w czysto przyrodzonej płaszczyźnie trudne jest do pogodzenia.

W świętym jednoczy się łagodność i żarliwe "łaknienie i pragnienie sprawiedliwości". Również i w tym względzie wszelka przyrodzona moralność znajduje swe wypełnienie dopiero w nadprzyrodzonej. Lecz zanim zajmiemy się tym, co w nadprzyrodzonej moralności całkowicie nowe i jednocześnie spełniające wszelką moralność przyrodzoną, musimy najpierw rozgraniczyć wartości specyficznie etyczne i inne wartości osobowe. Przy tym okaże się również, w jakim jedynie sensie mówić można o "przemianie cnót" i o "cnocie dzisiaj".

Kiedy mówimy o wartościach moralnych i ich przeciwieńswie, moralnych antywartościach, mamy na myśli takie, którew swej własnej jakości są rozróżnieniami "dobra" i "zła" i z tego względu obdarzone są całą osobliwą nośnością i transcendencją tego, co moralne. O tym wałśnie mówi Kierkegaard, nazywając moralność "tchnieniem wieczności".

Jest natomiast wiele różnych wartości osobowych, które, choć same w sobie nie należą do moralnych, jednak pośrednio mają pewne znaczenie dla życia moralnego; formalne wartości osobowe takie jak energia, opanowanie samego siebie, również i to, co Bollnow nazywa prawdziwością i inne, są istotnymi warunkami dla życia moralnego, nie będąc jeszcze same specyficznie moralnie dobrymi. Inne wartości osobowe mogą być konsekwencjami zachowań moralnych; albo też mogą w pewnej sytuacji być moralnie znaczące, jak np. porządek, pilność itd. Inne znów wartości mogą pedagogicznie wywierać wpływ na życie moralne; tak np. czystość i porządek u dziecka przygotowują drogę dla zachowań moralnych, same jednak nie są we właściwym sensie wartościami moralnymi.

Ograniczymy się tutaj do wartości specyficznie moralnych -- wartości, które w swej jakości mają cały patos i ostateczną powagę moralnego dobra.

Najpierw musimy odróżnić wartości moralne, jak: sprawiedliwy , czysty, wierny, szczodry, łaskawy, od tych wszystkich wartości, z którymi spotykamy się po stronie przedmiotowej. Przystawać na nie, afirmować je, iść za ich wezwaniem -- jest rzeczą moralnie dobrą i w tym sensie wartości te są moralnie znaczące. I tak: wartość życia ludzkiego, wartość pokoju między narodami, wartość prawdy, wartość prawowitego i uporządkowanego państwa -- są wartościami moralnie znaczącymi, lecz nie są wartościami moralnymi. Antywartość leżąca w fakcie, że cierpi jakiś człowiek, jest znacząca moralnie; brać ją pod uwagę jest wymaganiem moralnym; jest więc np. niemoralne, jeśli bez absolutnej konieczności zadaję cierpienie człowiekowi i jest moralnym wymaganiem, abym w miarę moich możliwości starał się ulżyć jego cierpieniu lub, jeśli to nie byłoby możliwe, przynajmniej odniósł się doń z prawdziwym współczuciem. Jednakże antywartość,leżąca w fakcie, że cierpi człowiek, z pewnością sama w sobie nie jest moralną antywartością.

Wszystkie wartości moralne są w oczywisty sposób również moralnie znaczącymi, lecz nie wszystkie moralnie znaczące są wartościami moralnymi. To samo dla siebie podstawowe rozróżnienie wartości moralnych od moralnie znaczących jest również szczególnie ważkie w rozważaniach nad naszym zagadnieniem stosunku spraw moralnych do przemian czasów. Przy bliższym przyjrzeniu się dostrzegamy bowiem, że często idąca aż do sprzeczności odmienność moralnej oceny pewnych zachowań przez różne czasy i u rozmaitych ludów w pierwszej linii dotyczy wartości moralnie znaczących, nie zaś czysto moralnych.

Oddzieliwszy wartości moralne od znacznie szerszego zakresu moralnie znaczących, chcielibyśmy pokrótce wskazać na charakterystyczne cechy, które odgraniczają wartości moralne (które są zawsze osobowe) od innych wartości osobowych. Wartości i antywartości moralne, wszystkie podgatunki moralnie dobrego i moralnie lichego lub złego nie tylko wymagają osoby do swego zaistnienia, ale -- co więcej -- w szczególny sposób angażują wolną wolę osoby.

Objawia się to wyraźnie w sposobie naszego osądzania antywartości osobowych. Nie wahamy się wyrzucać człowiekowi jego chciwości czy nieczystości, lecz nie czynimy nikogo odpowiedzialnym za bijącą odeń nudę albo za brak zdolności.

Moralnośc jest nierozłącznie związana z odpowiedzialnością, a ta znów z rolą, jaką wolna wola odgrywa we wszelkich sprawach moralnych.

To wyjątkowe odniesienie do wolnej woli jest decydującym znamieniem świata moralnego i na tym odniesieniu do wolnej woli zasadza się fakt, że cnoty moralne są czymś, co daje się nabyć. To właśnie odcina wyraźnie wartości moralne od intelektualnych i witalnych, pomimo że i wobec tych ostatnich wartości osobowych wolna wola może grać doniosłą rolę, jak to widać w świadomym rozwijaniu przyrodzonych uzdolnień natury intelektualnej lub witalnej.

Jednakże te oba momenty: rola wolnej woli i nabywalność, nie wystarczają jeszcze do tego, by wartości moralne odgraniczyć od wszystkich innych wartości osobowych, które dają się nabywać i które przez to wcale jeszcze nie są moralnymi. Tutaj należą zewnętrzne wartości takie jak schludność i porządek, ale i takie jak opanowanie czy pilność. Te wartości osobowe dostępne są naszej wolności, ale nie wiemy jeszcze nic o moralnym stanie człowieka gdy stwierdzamy, że jest bardzo opanowany lub pilny. Cechy te bowiem mogą być właściwe zarówno zbrodniarzowi, jak i człowiekowi moralnie dobremu.

Wspomnieliśmy powyżej o odpowiedzialności, jaka wyróżnia dziedzinę moralną. Tkwi w niej więcej, niż sam formalny fakt, ze dziedziny moralnej nie ma bez wolności i że wartości moralne są nabywalne. Dochodzi tu do głosu wyjątkowa powaga, właściwa sprawom moralnym i tylko im, powaga objawiająca się tylko tam, gdzie pojawia się kwestia moralna.

W tym więc leży druga wyróżniająca cecha: moralnemu dobru i złu właściwa jest -- w porównaniu ze wszystkimi innymi wartościami osobowymi -- nieporównywalna głębia. Skoro tylko chodzi o kwestię moralną, odzywa się nieomylnie nowy ton. Konfrontacja z wartością lub antywartością moralną włącza nas w zupełnie nowy świat! Czymże są wszystkie błyskotliwe talenty takiego Makbeta wobec jego strasznej winy! Dotykamy osi świata -- odwiecznego pytania, wobec którego wszystkie inne wartości okazują się nieistotne. Ta nieporównana powaga spraw moralnych jaśnieje we wzniosłych słowach Sokratesa: "Wszelka nieprawość wobec mnie i moich spraw jest większym złem dla tego, kto ją czyni, niż dla mnie, który ją cierpię (Platon, Gorgiasz, 508E).

Ta wyjątkowa pozycja dziedziny moralnej ujawnia się jeszcze wyraźniej, gdy uświadomimy sobie, że tylko moralna nieprawość dotyka naszego sumienia. Ten tajemniczy wewnętrzny głos, sumienie, odzywa się tylko wtedy, gdy sądzimy, że uczyniliśmy coś moralnie nieprawego. Jest ono [sumienie] w istotny sposób odmienne od wszelkiego ucisku (przygnębienia), jaki odczuwamy, gdy zrobiliśmy głupstwo, kiedyśmy się zbłaźnili. Sumienie należy do całkiem innej warstwy, przemawia z innej głębokości i sięga na inną głębokość. Nic nie daje się porównać z dysharmonią, wywołaną niespokojnym sumieniem.

Majestat i osobliwa doniosłość dziedziny moralnej odciska się również w istotnym związku moralnej winy i kary. Ten, kto jest świadom moralnej nieprawości, kto jasno rozpoznaje, że jest moralnie winien, pojmuje też jasno, że zasłużył na karę. Zbyt daleko zaprowadziłoby nas, gdybyśmy się tu zajęli istotą kary, jej zupełną odmiennością od wszelkiej zemsty i faktem, że leżąca w karze odpowiedź na metafizyczną dysharmonię, wywołaną winą moralną, ostatecznie dana być może tylko przez Boga.

To odniesienie dziedziny moralnej do nagrody i kary jest znakiem wyjątkowej transcendencji spraw moralnych. Doniosłość i waga dziedziny moralnej nie zmieszczą się w ramach naszej ziemskiej egzystencji. Kwestie moralne wskazują -- już przez samą swą jakość -- na coś więcej niż sprawy czysto ziemskie. Dotykają czegoś ponadświatowego i ta ponadświatowość, właściwa rzeczywistym wartościom moralnym czyni wszelkie próby "socjologizacji" moralności niemożliwymi. W świecie ludzkich wspólnot znajduje dziedzina moralna ważne pole rozwoju, lecz nie pochodzi z tego świata i nie znajduje w nim swego usprawiedliwienia.

O ile mylne jest już samo wyobrażenie, że moralność da się wyprowadzić ze znaczenia, jakie ma dla życia wspólnotowego, o tyle jest już zupełnie niedorzeczne mniemać, że świadomość moralna i wartości moralne nie są niczym innym, niż fenomenami socjologicznymi i że dziedzina moralna jest sama w sobie epifenomenem poszczególnych wspólnot.

Powyższe krótkie opracowanie odrębności dziedziny moralnej ostro ujawnia zupełną błędność mniemania, jakoby nie istniał żaden wspólny mianownik moralności i -- konsekwentnie -- jakoby mogły istnieć różne uprawnione moralności.

Bollnow podkreśla, iż niemożliwa jest konstrukcja systemu cnót. O ile ważne jest ostrzec przed konstruowaniem systemów, ponieważ pociąga to za sobą niebezpieczeństwo pogwałcenia rzeczywistości ze względu na jednolitość systemu (przede wszystkim wtedy, gdy chcemy jedną cnotę "wywieść" z drugiej) -- o tyle błędne jest odrzucać "system cnót" i uważać go za niemożliwy dla mniemania, jakoby istniały różne uprawnione moralności. To mniemanie wywodzi się stąd, że nie odróżniamy substytutów moralności od prawdziwych wartości moralnych, albo wręcz nie odróżniamy wartości pozamoralnych od wartości specyficznie moralnych.

To nie moralności podlegają wariacji,lecz "ślepoty na wartości" zmieniają się w różnych epokach. Bowiem nie różne rzeczy są dobre w różnych czasach, ale to, co z całokształtu obiektywnie wymaganego zaćmiewa się w ludzkich oczach -- to jest różne w różnych czasach. Ślepota i stępienie na pewne wartości moralne, a także pewne moralnie znaczące wartości są typowymi zjawiskami czasowymi. I tak dzisiejsze czasy chorują na antyafektywną trzeźwosść, która wiąże się ze skłonnością do mechanicyzacji ludzkiego życia, a pociąga za sobą tendencję do zaniku pietyzmu. Przez to jednak przyćmiewa się również wrażliwość spojrzenia na pewne wartości czy antywartości.

Z drugiej strony wartość autentyczności (szczerości, prawdziwości) widziana jest dziś wyraźniej niz w innych czasach, które często były ślepe na niemoralność, leżącą w stosowaniu wobec innych nacisków w sferze moralnej czy religijnej.

Musimy jednak również podkreślić, że dziś spotkać możemy nie tylko częściową ślepotę na wartości -- a więc odnoszącą się do pewnych wartości (i odpowiednio także antywartości) -- ale ze rozprzestrzenia się swoiste dyskredytowanie moralności jako takiej.

Że faryzejska pseudomoralność -- to, co Nietzsche nazwał "skwaśniałym od moraliny" [moralin-sauer] -- sama posłużyła za pretekst do dyskredytowania moralności i że antypatia do przykazań moralnych wyrosła na gruncie legalistycznego skrzywienia moralności, doprowadzając do protestu etyki sytuacyjnej -- nie jest wprawdzie niepojęte, nie zmienia jednak nic w fakcie, że oślepnięcie na wewnętrzne piękno, na majestat świata wartości moralnych jest strasznym i ostrym zagrożeniem, które trzeba rozpoznać i walczyć z nim.

Fakt, że pewne pozamoralne wartości (i --jeśli zechcemy tak dalece rozszerzyć pojęcie cnoty, co nie wydaje mi się szczęśliwym pomysłem -- pozamoralne cnoty) stawia się dziś na pierwszym miejscu przed istotnie moralnymi, a cóż dopiero przed nadprzyrodzenie moralnymi -- zaświadcza zdecydowanie o realności wspomnianego zagrożenia.

Pewne przymglenie ostrości widzenia prawdziwej wielkości i ostatecznej powagi świata wartości moralnych daje się nawet zauważyć w pewnych kręgach katolickich, które w drodze reakcji na zmoralizowanie religii rozgrywają pierwiastki religijne przeciw moralnym.

Nie rozumieją oni, że istotną cechą chrześcijaństwa jest to, że moralność nie stanowi jedynie warunku wstępnegodla wzniesienia się ku życiu religijnemu (jak w religiach Wschodu), ale że w świętości, do której zostaliśmy powołani, moralność i życie "nowego stworzenia" całkowicie wplecione są w siebie wzajemnie, że sam Bóg jest szczytem i pełnią wszelkiej sprawiedliwości, wszelkiego miłosierdzia, wszelkiej miłości.

Spotkanie z tą ślepotą na prawdziwą istotę i ostateczną godność świata wartości moralnych winno być dla nas napomnieniem, abyśmy pozostawali zupełnie wolni od zakażenia tą chorobą naszych czasów, i podnietą do walki z tym błędem, do nieustannego ukazywania prawdziwej, nieokrojonej istoty dziedziny moralnej.

Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest oczywiście budzenie zmysłu dla moralności chrześcijańskiej, która z jednej strony przedstawia zupełną nowość wobec wszelkich naturalnych moralności, z drugiej zaś strony -- jest spełnieniem każdej prawdziwej moralności naturalnej. Obie sprawy są jednakowo doniosłe. Jednakowo istotne jest dostrzec ten zupełnie nowy, uduchowiony blask, jakim jaśnieje pokora świętego, jego łagodność, czystość, miłość w porównaniu z moralnością takiego np. Sokratesa -- -- jak i zrozumieć,że wszelka moralność naturalna znajduje swe spełnienie i ostateczne ukoronowanie w moralności chrześcijańskiej.

Jeśli ktoś pojmuje moralność chrześcijańską jako jedną spośród wielu innych moralności i doszukuje się jej swoistości w odwróceniu od świata, zamiast rozpoznać w niej spełnienie prawdziwej naturalnej moralności i odkryć w niej prasubstancję wszelkiego życia moralnego w kontraście ze wszystkimi jego substytutami -- dowodzi tym samym, że nigdy niezaświtał mu nawet [w umyśle] fenomen świętości.

Wydobycie owego "zupełnie nowego" w moralności kazania na górze stało się jednym z głównych celów pracy mojego życia. Tu mogę tylko krótko o tym wspomnieć.

O ile sprawiedliwość, szczerość (autentyczność-prawdziwość), uczciwość, wierność i szczodrość mogą się wykształcić również u Sokratesa, a więc bez chrześcijańskiego objawienia, i cnoty te mogą powstać jako odpowiedź na świat znany nam bez objawienia, o tyle jest wiele innych cnót, które wymagają jako swojej treści pojęcia Boga objawionego w Chrystusie, świętego człowieczeństwa Chrystusa i chrześcijańskiej intuicji człowieka.

Dopiero w tych cnotach natrafiamy na zupełnie nową, nieporównaną jakość dobra,na uduchowioną świętą dobroć, odblask najświętszego człowieczeństwa Chrystusa.

Te właśnie cnoty stanowią jądro moralności chrześcijańskiej. Abstrahując od ich absolutnie nowej jakości, widzimy w nich zarazem spełnienie wszelkiego naturalnego dobra moralnego. Chociaż wykraczają całkowicie ponad naturalne wartości moralne, zawierają w sobie per eminentiam każdą wartość naturalnej tylko moralności. Każda bowiem wartość moralna jest szczególnym odbiciem Boga, a swoje ukoronowanie znajduje w similitudo Dei świętych.

Na tle objawienia uzyskują wszystkie moralnie znaczące wartości zupełnie nowe znaczenie. Nowa powaga, nowy realistyczny charakter, tchnienie wieczności przenikają porządek moralny, w którym rozgrywa się w konfrontacji z Bogiem wielki dramat ludzkiej egzystencji.

Głos Boży rozlega się w Dekalogu, który jest przykazaniem Boga żywego, nie zaś tylko abstrakcyjnym prawem. To mówi nieskończenie święty Pan, którego niemoralność obraża, a dobroć moralna wysławia.

Bojaźń Boża i posłuszeństwo Abrahama, przebaczenie Józefa w ęgipcie, czystość Zuzanny otrzymują nowy wymiar głębi, nową wagę. Przede wszystkim jednak moralność świętych Nowego Przymierza, św. Marii Magdaleny, św. Pawła, św. Jana, św. Franciszka, z Asyżu, św. Katarzyny ze Sieny, św. Ignacego, św. Don Bosco -- ukazuje nam całkiem nowy etos.

Pierwszą wyróżniającą cechą etosu chrześcijańskiego jest konieczna i wszystkookreślająca rola pokory. Trudno sobie wyobrazić większą rewolucję w dziedzinie moralności niż przypowieść o faryzeuszu i celniku. Wprawdzie i Sokrates widział śmieszną obrzydliwość próżności. Jednak tajemnicze piękno człowieka, "który sam siebie poniża", sam stawia się niżej, niż rzeczywiście na to zasługuje, który tęskni za tym, by zrzucić z siebie wszelkie godności i radośnie przyjąć każde poniżenie, było dla Sokratesa niezrozumiałe. To kamień obrazy i głupstwo dla naturalnej moralności. Znaczenie pokory jest tak doniosłe, że przeobraża całą moralność. Przenika wszystkie cnoty i nadaje każdej nową, niezrównaną wartość. Tylko na podłożu pokory wszystkie cnoty rozwijają swoje pełne piękno. To ona nadaje całemu etosowi człowieka zupełnie nowy odcień. To ona wywyższa go tajemniczo, obdarza go najwyższą, wewnętrzną wolnością i powala mury, w których człowiek sam siebie uwięził.

Również miłosierdzie jest jedną z centralnych cnót chrześcijańskich. Jest nawet miarą, podług której znajdować będziemy zmiłowanie u Boga. Zupełnie nowy rytm tej przenikniętej tchnieniem boskiego miłosierdzia moralności przejawia się również w decydującej roli, jaka przypada w udziale skrusze. Skrucha jest przebijaniem się (przełamywaniem się) ku prawdziwej wolności; skrucha pozwala nam "stać się w prawdzie"; przez skruchę dochodzimy do owego chwalebnego zmartwychwstania, gdy jako wyzuci ze wszystkiego żebracy padamy w ramiona Boga.

W etyce Sokratesa skrucha nie odgrywa wcale decydującej roli, również u Platona i Arystotelesa nie. Świadomość naszej grzeszności, tego tajemniczego pęknięcia w naszej naturze, które, jak poucza nas objawienie, jest skutkiem grzechu pierworodnego, ale i objawia się naszemu odczuciu i rozsądkowi jako takie -- wreszcie i to, że musimy polegać na Bożym miłosierdziu, a nie na Jego sprawiedliwości -- nadają skrusze całkiemnowe znaczenie w dziedzinie moralnej. Skrucha jest najgłębszym jądrem każdego nawrócenia, każdego początku prawdziwie moralnego życia.

Skrucha nie tylko otwiera grzesznikowi drogę do świętości. Nie tylko przydaje grzesznikowi, nawet wielkiemu grzesznikowi,rozzbrajającego, nieodpartego piękna. Nie tylko odnoszą się do niej słowa Pana naszego: "Większa będzie w niebie radość nad jednym skruszonym grzesznikiem, niż nad dziewięćdziesięcioma dziewięcioma sprawiedliwymi, którzy nie potrzebują skruchy.

Skrucha jest konieczną zasadą życia moralnego i religijnego wszystkich świętych -- zarówno św. Jana Apostoła jak i św. Piotra, św. Róży Limańskiej czy św. Augustyna. Przebudzenie dla ostatecznej rzeczywistości, poddanie twierdzy pychy, te wszystkie element skruchy żyją stale w duszy świętego. Znajduje on zawsze powód do skruchy, bo jego oczy dostrzegają skazę gdzie dla nas jest ona jeszcze niewidoczna, bo mierzy on odpowiedzialność i winę według łaski otrzymanej od Boga i wobec przepaści, jaka oddziela go od nieskończonej świętości Boga.

Moralność chrześcijańska charakteryzuje się świętą wolnością wewnętrzną, wzniesieniem się ponad samego siebie, staniem w pełnym świetle prawdy. Właściwa jest jej nieograniczoność, manifestująca się w bezgranicznej miłości, której nic się nie oprze; na widok tej miłości pytali się ludzie przez wszystkie wieki od przyjścia Chrystusa: "Qui sunt illi et isti?" ("Kim są ci?") Ona była fundamentalną daną, nad którą zatrzymywał się Henri Bergson, a która według niego jest źródłem wyższej moralności.

Trzecim znamieniem moralności chrześcijańskiej jest to, iż jej rdzeniem jest ta specyficzna dobroć miłości, podczas gdy słuszność, uczciwość[prawość] i sprawiedliwość tworzą centrum moralności naturalnej.

Osoba Sokratesa tchnie duchem wierności prawdzie, szlachetnej trzeźwości, prostolinijności i sprawiedliwości. Jednakże z modlitwy św. Szczepana za jego morderców, promieniuje wszechogarniająca dobroć miłości. Od św. Franciszka, który obejmuje w uścisku trędowatego, bije ta sama nieodparta,promienna miłość. Przede wszystkim jednak ucieleśnia się ta swięta dobroć miłości w słowach Pana naszego: "Miłujcie nieprzyjaciół waszych i dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą."

Radykalnie nowy charakter moralności chrześcijańskiej ukazuje się wreszcie w tym, że wszystkie cnoty i postawy moralne,jakikolwiek byłby ich przedmiot, wywodzą się z odpowiedzi na Boga. Kręgosłupem tych wszystkich cnót jest miłowanie Boga, przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie. Najwznioślesza odpowiedź na wartość jest tu podstawą wszystkich innych. Każda odpowiedź na moralnie znaczące dobro zakorzeniona jest w tej miłości i organicznie z niej wyrasta.

Łatwo jest pojąć wzniosłość moralności, której ostateczna odpowiedź nie kieruje się jedynie na moralnie znaczące wartości, ale na absolutną osobę, która sama jest najwyższym dobrem. W tej moralności miłość do Boga i Boża miłość przenikają i kształtują w nas każdy akt woli i są pierwszym i ostatnim słowem w człowieku.

W ramach tej rozprawki musimy się zadowolić tym krótkim wskazaniem istoty nadprzyrodzonej moralności. Musimy jednak z całym naciskiem podkreślić, że ta chrześcijańska moralność, o ile rzeczywiście się nią żyje, oddziałuje z tą samą zwycięską nieodpartością na duszę dzisiejszego człowieka, jak to czyniła w czasach dawniejszych. Można powołać na to niezliczone przykłady. Wszelkie dyskredytowanie moralności, wszelka antypatia wobec nakazów moralnych pierzchają, gdy żywo manifestuje się prawdziwie nadprzyrodzona moralność.

"Cnota dzisiaj" -- takie pojęcie ma sens, jeśli chcemy stwierdzić, jakie substytuty prawdziwej moralności przeważają obecnie, są dziś dostrzegane lepiej niż dawniej, a na jakie staliśmy się ślepi. Jednak pojęcie "cnota dzisiaj" staje się bezsensowne, o ile we współczesności widzieć chcielibyśmy sędziego, przed którym cnota winna wykazac swą "legalność", wylegitymować się -- i który miałby rozstrzygać, czy chrześcijańska moralność "ma nam coś jeszcze do powiedzenia". W tym znaczeniu Karl Adam, przemawiając w roku 1928 w Konstancji na temat "Chrystus i świat współczesny", powiedział, iż jedynym sensem tego tematu może być żądanie, by współczesność usprawiedliwiła się wobec Chrystusa, nigdy zaś na odwrót.

I dlatego nasz tytuł "Cnota dzisiaj" może oznaczać jedynie konfrontację naszych czasów z wiecznym, niezmiennym światem przyrodzonych i nadprzyrodzonych wartości moralnych, a w ostatecznym rozrachunku -- z Chrystusem.

Christus heri, hodie, et in saecula.


KONIEC TEKSTU, 15:27 14.02.99
stat4u